
– Cukierek albo psikus! – Gustaff stanął w progu pokoju i wyciągnął przed siebie wypełnioną w połowie słodyczami płócienną torbę.
– Psikus! – odparł ponuro Maurycy nie odwracając wzroku od ekranu monitora.
– Dobra, wesołku! – lis westchnął ciężko i zrobił dwa kroki do tyłu – Ja za chwilę wejdę ponownie do pokoju, a ty w tym czasie zastanowisz się raz jeszcze nad odpowiedzią! I tym razem radzę wybrać poprawnie, bo trzeciej szansy nie będzie!
– Bo co? – mężczyzna spojrzał spod ściągniętych złowrogo brwi w kierunku Gustaffa.
– H2O! Bo ci się zwymiotuję na wersalkę! – zwierzak wskazał stojący pod oknem mebel – A mam czym! Właśnie wciągnąłem jakiś kilogram malagi, tiki-taków i kasztanków! A przyklepałem to połową blachy szarlotki twojej żony nieocenionej! O, już mi się odbija! – Gustaff wzdął policzki i beknął siarczyście – Zaraz mi się uleje! Oj, uleje zaraz mi się!
– A niby za kogo się przebrałeś w tym roku, bo coś nie widzę... – Mężczyzna spojrzał zaniepokojony na Gustaffa wywalającego jęzor z pyska w odruchu wymiotnym.
– Za lisa!
– Ale przecież ty jesteś lisem!
– Wybrałem więc najbardziej optymalne przebranie. Główka pracuje!
– Zaraz, zaraz! - Maurycy zmarszczył czoło – A nie brałeś czasami ode mnie i od Jadwigi pieniędzy na strój? Mało tego naciągnąłeś też ciotkę Patrycję i jej dziewczynę oraz Benka! Akurat Benka mi nie szkoda, ale że zrobiłeś to ciotkom?
– No co – Gustaff podrapał się po prawym uchu – są święta, są wydatki! Słodycze kosztują!
– Ale przecież słodycze zbiera się po sąsiadach!
– Ty vhyba chory jesteś! Na głowe! Gdybym liczył na hojność ludzi z osiedla dostałbym co najwyżej dwie pastylki słodzika do herbaty, wiązkę przekleństw i ślad buta na pośladku! Ludzie albo drzwi nie otwierają, albo wrzucają do torby ciastka z zeszłego roku! Bo wyrzucić szkoda, a lis niby wszystko połknie. No i są jeszcze ci nawiedzeni, co to wrzeszczą coś o diabelskim święcie i trzaskają drzwiami! Yam Deva można posłać a nie kulturalnego lisa! Gdybym sam sobie tych cukierków nie kupił – zwierzak potrząsnął torbą – i nie dostał ciasta od Jadwigi, łaziłbym teraz z pustym brzuchem!
– Można więc powiedzieć, że obowiązek przekazania słodyczy, choć mocno naokoło, spełniłem z dużą nawiązką. Dałem na strój, ty kupiłeś słodycze. Mowa, świecka tradycja spełniona...
– No niby tak...
– Czyli tak po prawdzie nie muszę już ci nic dawać.
– No niby... Choć jak chcesz, to nie musisz się mocno przy tym upierać. Więc jak? Cukierek albo... - W tym momencie coś w brzuchu Gustaffa burknęło, a za burlnięciem wydobyło się z futrzastego wnętrza przeciągłe beknięcie. Po chwili z pyska zwierzaka wylała się jakaś wielobarwna masa i trysnęła na Maurycego, fotel, monitor, wersalkę i podłogę. Lis przetarł pysk wierzchem łapy i spojrzał na mężczyznę – Sorki. Rozumiem, że dalsze dopominanie się o słodycze będzie mocno nie na miejscu?
– Mocno...
– To ja już sobie pójdę. Bo miejsce w brzuszku się zrobiło, a Jadwiga ma jeszcze trochę ciasta w kuchni. A skoro nie dasz mi choćby jednego złamanego cukierka, mógłbyś przynajmniej życzyć mi smacznego.
– A to? - Maurycy wskazał ślady pobytu Gustaffa w pokoju.
– Taki psikus dla ciebie! Ja też satarm się wypełniać swoje obowiązki, przyjacielu!
Komentarze
Prześlij komentarz