Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Życzę przyjemnej lektury... WSTĘP CZYLI PRELUDIUM Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczo...

Bułka z pieczarkami

– Zjecie bułę z pieczarkami? - Maurycy przeciągnął się zamaszyście na fotelu. Coś chrupnęło w kośćcu mężczyzny, a on sam uśmiechnął się błogo.
– Że co? - spytał Gustaff leżący plackiem na grzbiecie Borysa, jednego z trzech psów małżeństwa Niepsujów.
– No, bułę z pieczarkami! Nigdy nie jadłeś czegoś takiego?
– A ja bym zjadła! - ożywiła się Jadwiga, która do tej pory leżała i pachniała na wersalce, wpatrzona w kolejny odcinek jakiegoś medycznego serialu.
– Będzie mięcho? - dopytał lis.
– Nie! Pieczarki to grzyby! A cebula to cebula!
– Po cebuli puszczam śmierdzące bąki! - Gustaff pomachał łapą przed nosem – Poza tym jeśli bez mięcha, to nie będzie mi na pewno smakowało.
– Nie będzie chyba tak źle! - Jadwidze przypomniało się skażenie mieszkania jakie Gustaff zaserwował rodzinie po ostatnim lecho – Chyba...

A teraz krótki przepis na bułę z pieczarkami, dla wszystkich tych, którzy kompletnie nie kojarzą potrawy. Bierzemy pół kilograma pieczarek i dwie średnie cebule. Pieczarki kroimy w paski, kwadraty, trójkąty lub gwiazdki – jak komu pasuje, podobnie cebulę i podsmażamy, najlepiej osobno. Potem łączymy wszystko i wsypujemy na jedną patelnię, garnek, co tam macie pod ręką i doprawiamy solą lub inną przyprawą. Ważne żeby smkowało i się od razu nie zwróciło. Bułkę (może być zwykła kajzerka) nacinamy  z jednej strony i rozcinamy środek – powinna powstać taka bułczana kieszonka. Wsypujemy pieczarki z cebulą do buły i ot, cała potrawa!

– Mógłbyś mi pomóc wejść na ten stołek, a nie stoisz obok bez sensu jak słup graniczny na Madagaskarze! - Gustaff
z trudem wdrapał się na kwadratowe siedzisko – Więc to jest to cudo! - wskazał palcem ciemną masę pyrkającą lekko na patelni.
– Ano to! Pół kilo pieczarek i dwie cebule. Na bogato! Jak się bawić to z rozmachem!- potwierdził Maurycy, rozkrajający na blacie obok sześć świeżutkich bułek. Po dwie na głowę.
– Już czuję, że mi nie będzie smakowało! Bo bez mięcha... - lis wykrzywił się zniesmaczony.
– Popilnuj chwilę patelni, a ja naszykuję miejsce do jedzenia!
W pomieszczeniu obok zaszurały nogi krzeseł i ciężkiego stołu. Z wersalki wstała Jadwiga.
– A gdzie pieczarki? - Maurycy stanął zdziwiony przed kuchenką po powrocie z salonu – Gdzie bułki?
– A bo wiesz, chciałem spróbować czy toto bez mięcha smakuje naprawdę tak dobrze jak mówiliście i deczko spróbowałem – Zwierzak wepchnął do pyska szóstą bułkę przez co ostatni wyraz zabrzmiał jak „fufofaem”. Jakby tego było mało, spod ogona Gustaffa wyleciało znajome przeciągłe „pruuu” - Nie wiedziałem, że tym razem przeleci tak szybko. Moje jelita potrafią czasem pozytywnie zaskoczyć...
Maurycy postanowił kłótnię z lisem przełożyć na później. Zasłonił nos dłonią i pobiegł do Jadwigi.
– Kochanie! Szybko, otwieraj okna! - Jadwiga spojrzała zdziwiona na męża - Gustaff bączy!
To co się wtedy wydarzyło śmiało można porównać z historyczną sprzedażą markowych torebek za ułamek ceny w jednej z sieci supermarketów. Jadwiga rzuciła się do balkonu niczym dzik w świeżo rozkopane kartoflisko. Złapała klamkę o mało nie wyrywając z zawiasów jedno ze skrzydeł drzwi balkonowych. Psy dopadły do szyb w poszukiwaniu choćby najdrobniejszego rozszczelnieenia, koty zaś, śpiące do tej pory spokojnie na szafie, schowały się w wersalce (pamiętajcie, że ciepło idzie do góry, a gąbki i kołdry potrafią pochłonąć i zniwelować nawet ciężkie zagrożenie gazowe).
Tymiczasem Gustaff wszedł jak niby nic do pokoju ze śpiewem na ustach. Przeciągnął się i zanucił refren znanej piosenki filmowej:
– Mam tę moc! Mam tę moooooc!

   

   

   

Komentarze