Do drzwi wejściowych ktoś zapukał. Maurycy spojrzał zdziwiony na Jadwigę, To nie mógł być Gustaff, który przed kilkoma minutami przeciągłym wyciem oznajmił domownikom i reszcie świata, że wychodzi na dwór i wróci dopiero na kolację. Zresztą on nigdy nie pukał, wchodził do domu z tak zwanego buta, zostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi, przez które, wykorzystując nadarzającą się okazję, wychodziły ciekawe świata koty. Szczególnie ten rudy.
Pukanie powtórzyło się. Maurycy wstał z fotela stękając głośno, ale zanim doszedł do przedpokoju dało się słyszeć cichy pisk zawiasów i stukot podeszew nieznanych i nieoczekiwanych gości.
– A gdzie jest mój futrzasty słodziak? Gdzie moje rude słoneczko? - zza framugi wychynęła głowa babci Klary, a tuż za nią wielki czerep dziadka Benedykta, jak zwykle w lekko za dużym kraciastym kaszkiecie.
– Gdzie mój zuch puchaty? - spytał Benek i rozejrzał się mocno niedyskretnie po niewielkim mieszkaniu, zaglądając do łazienki, małego pokoju, szafy i lodówki.
– Mamo! Tato! - Jadwiga poderwała się z wersalki i podeszła do niespodziewanych gości. Najpierw utonęła w ramionach Klary, chwilę później Benedykta.
Maurycy był bardziej powściągliwy w wyrażaniu radości.
– Matko – kiwnął lekko głową w stronę kobiety – ojcze! Jakie zwariowane wiatry przywiały was w nasze strony?
– Tam zaraz wiatry! Sami się przykulaliśmy! A ty chodź tu gagatku i uściśnij teścia! Już nie bądź taki sztywny! Mam nadzieję, że Jadwiga nie karmi cię krochmalem! - podszedł do Maurycego, przyciągnął go do siebie i utopił w mocarnym uścisku. Bo choć Benek wyglądem przypominał gruszkę, z wąską klatką piersiową, dużą nadwyżką w okolicach pasa, cienkimi patyczkami rąk i nóg, czyli żaden tam fenomen muskulatury, to uchwyt miał iście kowalski – A teraz teściową buchnij w lico! - pchnął zięcia w kierunku żony.
– A gdzie nasz mały urwis? - spytała po zakończeniu ceremonii powitalnej.
– Na dworze! W piłkę z chłopakami gra! - Jadwiga wskazała uchylone drzwi balkonowe. Benek wyjrzał na zewnątrz. I już miał zawołać Gustaffa i obwieścić swój przyjazd, kiedy twarz mu spoważniała, a okrzyk uwiązł w gardle. Po chwili doszedł do siebie.
– A czemu on siedzi i nie gra? - spytał patrząc na Maurycego.
– Chłopaki mają kłopoty z dopuszczeniem go do paczki. Wiesz, nie ten wygląd, nie ten gatunek...
– I ty nic z tym nie robisz? Nie bronisz mojego wnuka?
– Tam zaraz nie broni – sytuację próbowała uspokoić Jadwiga. – Po prostu dzieciakom trzeba dać trochę czasu na oswojenie.
Ciało Benka przeszedł dreszcz.
– Oswajać? Oswajać to sobie możesz psa po przejściach – dziadek spojrzał na siedzące w progu pokoju trzy wielkie psiaki, wpatrujące się z zaciekawieniem w całą sytuację – Sorki dziewczyny...
– Dwie to dziewczyny, jeden to chłopak! - wtrącił Maurycy.
– No to sory wszystkim psowatym! - Benedykt uchylił kaszkiet – Ale wróćmy do mojego wnuka! I nawet nie zaprzeczaj, że nim nie jest, bo cię oklepię jak ciasto francuskie! - dźgnął palcem wskazującym pierś zięcia – A jak ty tego nie potrafisz załatwić, to patrz! - podciągnął lekko spodnie, pocałował żonę w policzek i wyszedł z domu mrucząc coś pod nosem.
Wszyscy rzucili się na balkon skąd po chwili zobaczyli mężczyznę maszerującego wymachując zamaszyście cienkimi ramionami.
– Dziadek! - krzyknął Gustaff i poderwał się z trawy kiedy zobaczył Benka.
* * *
– I jak? Załatwiłeś sprawę? - spytała siedząca na kanapie Klara, popijająca zrobione prze Maurycego cappucino.
– Oczywiście, że załatwiłem! - Benedykt ściągnął czapkę, położył na stole, sam zaś umościł się w odrapanym przez koty, skórzanym fotelu – To bardzo miłe chłopaki...
– Ile? - do rozmowy włączyła się Jadwiga.
– Co ile
– Tato, nie udawaj proszę! Za długo i za dobrze cię znam. Ile cię to kosztowało?
– Zaraz tam ile... Jakby nic na tym świecie nie opierało się na bezinteresownej przyjaźni i pomocy bez oczekiwania na zysk... Nie każdy rodzi się Trumpem- Benedykt spuścił wzrok.
– Czyli?
– Trzy lody Big Milk i po średniej coli...
– To jest według ciebie ta bezinteresowna przyjaźń? - spytał kpiąco Maurucy.
– Poczekaj, coś mi tu jeszcze śmierdzi! – Jadwiga skinęła na męża – To wszystko?
– Przecież powiedziałem! - dziadek odwrócił głowę w kierunku telewizora i dodał cicho – przez tydzień jak u was będziemy.
–Lody i colę przez tydzień? - powtózył cicho Maurycy - Jak u nas będziecie?
– Bo widzisz kochanie - Jadwiga poderwała się z wersalki
i podeszła do męża - zapomniałam ci powiedzieć, że rodzice zostaną u nas kilka dni, bo u nich nowe szambo zakładają...
– Tydzierń lody i colę. A mnie nikt psia krew nawet gumy do żucia nie zaproponował...








Komentarze
Prześlij komentarz