Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Życzę przyjemnej lektury... WSTĘP CZYLI PRELUDIUM Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczo...

Dziadek Benek wkracza do akcji

Do drzwi wejściowych ktoś zapukał. Maurycy spojrzał zdziwiony na Jadwigę, To nie mógł być Gustaff, który przed kilkoma minutami przeciągłym wyciem oznajmił domownikom i reszcie świata, że wychodzi na dwór i wróci dopiero na kolację. Zresztą on nigdy nie pukał, wchodził do domu z tak zwanego buta, zostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi, przez które, wykorzystując nadarzającą się okazję, wychodziły ciekawe świata koty. Szczególnie ten rudy.
Pukanie powtórzyło się. Maurycy wstał z fotela stękając głośno, ale zanim doszedł do przedpokoju dało się słyszeć cichy pisk zawiasów i stukot podeszew nieznanych i nieoczekiwanych gości.
– A gdzie jest mój futrzasty słodziak? Gdzie moje rude słoneczko? - zza framugi wychynęła głowa babci Klary, a tuż za nią wielki czerep dziadka Benedykta, jak zwykle w lekko za dużym kraciastym kaszkiecie.
– Gdzie mój zuch puchaty? - spytał Benek i rozejrzał się mocno niedyskretnie po niewielkim mieszkaniu, zaglądając do łazienki, małego pokoju, szafy i lodówki.
– Mamo! Tato! - Jadwiga poderwała się z wersalki i podeszła do niespodziewanych gości. Najpierw utonęła w ramionach Klary, chwilę później Benedykta.
Maurycy był bardziej powściągliwy w wyrażaniu radości.
– Matko – kiwnął lekko głową w stronę kobiety – ojcze! Jakie zwariowane wiatry przywiały was w nasze strony?
– Tam zaraz wiatry! Sami się przykulaliśmy! A ty chodź tu gagatku i uściśnij teścia! Już nie bądź taki sztywny! Mam nadzieję, że Jadwiga nie karmi cię krochmalem! - podszedł do Maurycego, przyciągnął go do siebie i utopił w mocarnym uścisku. Bo choć Benek wyglądem przypominał gruszkę, z wąską klatką piersiową, dużą nadwyżką w okolicach pasa, cienkimi patyczkami rąk i nóg, czyli żaden tam fenomen muskulatury, to uchwyt miał iście kowalski – A teraz teściową buchnij w lico! - pchnął zięcia w kierunku żony.
– A gdzie nasz mały urwis? - spytała po zakończeniu ceremonii powitalnej.
– Na dworze! W piłkę z chłopakami gra! - Jadwiga wskazała uchylone drzwi balkonowe. Benek wyjrzał na zewnątrz. I już miał zawołać Gustaffa i obwieścić swój przyjazd, kiedy twarz mu spoważniała, a okrzyk uwiązł w gardle. Po chwili doszedł do siebie.
– A czemu on siedzi i nie gra? - spytał patrząc na Maurycego.
– Chłopaki mają kłopoty z dopuszczeniem go do paczki. Wiesz, nie ten wygląd, nie ten gatunek...
– I ty nic z tym nie robisz? Nie bronisz mojego wnuka?
– Tam zaraz nie broni – sytuację próbowała uspokoić Jadwiga. – Po prostu dzieciakom trzeba dać trochę czasu na oswojenie.
Ciało Benka przeszedł dreszcz.
– Oswajać? Oswajać to sobie możesz psa po przejściach – dziadek spojrzał na siedzące w progu pokoju trzy wielkie psiaki, wpatrujące się z zaciekawieniem w całą sytuację – Sorki dziewczyny...
– Dwie to dziewczyny, jeden to chłopak! - wtrącił Maurycy.
– No to sory wszystkim psowatym! - Benedykt uchylił kaszkiet – Ale wróćmy do mojego wnuka! I nawet nie zaprzeczaj, że nim nie jest, bo cię oklepię jak ciasto francuskie! - dźgnął palcem wskazującym pierś zięcia – A jak ty tego nie potrafisz załatwić, to patrz! - podciągnął lekko spodnie, pocałował żonę w policzek i wyszedł z domu mrucząc coś pod nosem.
Wszyscy rzucili się na balkon skąd po chwili zobaczyli mężczyznę maszerującego wymachując zamaszyście cienkimi ramionami.
– Dziadek! - krzyknął Gustaff i poderwał się z trawy kiedy zobaczył Benka.

* * *

– I jak? Załatwiłeś sprawę? - spytała siedząca na kanapie Klara, popijająca zrobione prze Maurycego cappucino.
– Oczywiście, że załatwiłem! - Benedykt ściągnął czapkę, położył na stole, sam zaś umościł się w odrapanym przez koty, skórzanym fotelu – To bardzo miłe chłopaki...
– Ile? - do rozmowy włączyła się Jadwiga.
– Co ile
– Tato, nie udawaj proszę! Za długo i za dobrze cię znam. Ile cię to kosztowało?
– Zaraz tam ile... Jakby nic na tym świecie nie opierało się na bezinteresownej przyjaźni i pomocy bez oczekiwania na zysk... Nie każdy rodzi się Trumpem- Benedykt spuścił wzrok.
– Czyli?
– Trzy lody Big Milk i po średniej coli...
– To jest według ciebie ta bezinteresowna przyjaźń? - spytał kpiąco Maurucy.
– Poczekaj, coś mi tu jeszcze śmierdzi! – Jadwiga skinęła na męża – To wszystko?
– Przecież powiedziałem! - dziadek odwrócił głowę w kierunku telewizora i dodał cicho – przez tydzień jak u was będziemy.
–Lody i colę przez tydzień? - powtózył cicho Maurycy - Jak u nas będziecie?
– Bo widzisz kochanie - Jadwiga poderwała się z wersalki
i podeszła do męża - zapomniałam ci powiedzieć, że rodzice zostaną u nas kilka dni, bo u nich nowe szambo zakładają...
– Tydzierń lody i colę. A mnie nikt psia krew nawet gumy do żucia nie zaproponował...
















Komentarze