Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Życzę przyjemnej lektury... WSTĘP CZYLI PRELUDIUM Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczo...

Matylda na tropie - KROWI PLACEK


Dziwny obiekt pojawił się w trawie podczas spaceru z Panem na łące za jednym, a potem drugim osiedlem i pewną bardzo ruchliwą ulicą. Leżał taki brązowy i okrągły i dziwnie pachniał.
– Co to? - spytała Matylda i spróbowała dotknąć łapą powierzchni obiektu. I prawie by się  jej to udało, gdyby nie Pan, który szarpnął smycz, na której prowadzona była suczka.
– Fuj! - wykrzywił się zniesmaczony – Krowi placek!
– Taki, jaki robi pani? Z cukrem?
– Nie! - pan wykrzywił się jak po zjedzeniu plasterka cytryny – Taki fuj!
– Jaki fuj?! Jaki fuj?! - cienki głosik dobiegł zza okrągłej brązowości, spomiędzy kępy trawy i rzędu żółtych mleczy.
Matylda przechyliła zaciekawiona głowę.
– Dzień dobry! Jest tam kto? - powiedziała cicho, bo była bardzo kulturalnym psem.
– A dzień dobry, dzień dobry! Jestem! A raczej jesteśmy! - odpowiedział jej mały czarny robaczek stojący przy dużej brązowej kulce.
– O! - zaskoczona Matylda aż usiadła – Kim pan jest?
– Boguś jestem! - odpowiedział robaczek i lekko się ukłonił – A to moja żona – wskazał drugiego czarnego robaczka wychodzącego zza kulki – Zofia!
– Ja jestem Matylda! - powiedziała Matylda – A to jest mój Pan! - wskazała łapą Pana zniesmaczającego się ciągle widokiem placka – Co tutaj robicie?
– Kulamy kulkę! - Boguś poklepał krągłe dzieło swych ciupkich rączek – Dobra robota, co nie?
– Kulka jak kulka! - suczka kiwnęła łbem. Widziała w swoim krótkim życiu już wiele podobnych przedmiotów. Wszystkie, pomimo szumnych zapewnień producenta, nie opierały się zbyt długo jej ostrym ząbkom – Mogę spróbować?
– Ani się waż! - oburzył się Boguś, i nawet podniósł przy tym głos, ale jego krzyk raczej trudno nazwać krzykiem w psim, a tym bardziej ludzkim rozumieniu tego słowa. Boguś pisknął tak, jakby zapiszczały nienaoliwione zawiasy drzwi lub ktoś przypadkiem potarł gumową podeszwą trampka po marmurowej posadzce.
Matylda aż podskoczyła zaskoczona nagłą reakcją robaczka.
– Czemu? - spytała.
– Bo w środku są nasze dzieci! - powiedziała cicho pani robaczkowa.
– Zamknęliście dzieci w kulce!? - suczka nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. No bo jak można zamknąć swoje dzieci w takiej małej kulce zrobionej z krowiego placka? Choćby i najpiękniej ulepionej! Żadne dziecko nie może być aż tak niegrzeczne, żeby zasłużyć na podobną karę! - Proszę natychmiast wypuścić dzieciaki na wolność! - powiedziała stanowczo Matylda – Tak się nie godzi postępować!
„Nie godzi się” Matylda usłyszała od swojego pana, kiedy ten stał nad zrobioną przez nią przed chwilą kałużą w kształcie dwójki kotów bijących się o kawałek wędzonej makreli. Albo pogryzionego trampka pana. Albo czegokolwiek innego. Zrozumiała, że oznacza to coś, czego raczej nie wypada robić. Nie godzi się, czyli nie wolno. No chyba, że plama będzie przypominać profil pana. Albo pani. Albo czegokolwiek innego, miłego sercu jej opiekuna. Chyba, że nie. Pogubiła się...
– Proszę natychmiast wypuścić dzieci! I przeprosić! W przeciwnym wypadku... - zmarszczyła brwi i pokazała Bogusiowi rząd białych jak śnieg zębów. Zawarczała przy tym głośno. Oczywiście żeby wzmocnić siłę przekazu.
Ku jej zdziwieniu Boguś i Zofia nie przestraszyli się ani zmarszczonych brwi, ani wyszczerzonych zębów, ani tym bardziej głośnego warknięcia. Robaczki popatrzyły na siebie i zaśmiały się głośno, pocierając przy tym krągłe brzuszki małymi rączkami. Oczywiście głośno w robaczkowej skali głośności.
– Czy ty myślisz, że my... Buhahahaha! - Boguś przykucnął i klepnął się małą dłonią w chitynowe udo (chityna to materiał z jakiego zbudowany jest między innymi pancerzyk, czyli ciało żuczków).
– Ależ skarbie – zwróciła się do Matyldy pani żuczkowa – nie więzimy naszych dzieci. One tam muszą być, żeby były bezpieczne i bezpiecznie sobie rosły! Boguś zaraz zakopie kulkę w ziemi, a kiedy nasze dzieci dorosną, wyjdą z niej, pójdą w świat i założą swoje rodziny! No i będą kulać swoje kulki, dla swoich dzieci.
– A zrobiłaś im jakieś kanapki na ten czas? - dopytywała suczka.
– One będą się żywić tą kulką właśnie. Nam to smakuje jak ludziom chipsy! - Boguś pogładził się po brzuszku i zrobił rozanieloną minę.
To akurat Matylda rozumiała i popierała. Sama czasem wyjadała kocie kupy z kuwety. Lubiła kiedy te trzeszczały jej między zębami, a potem wpadały do brzuszka. Pac, pac, pac... I tylko pan nie rozumiał dlaczego to robiła.
– Dobra, my musimy już iść! - odezwała się Zofia – Trzeba zacząć kopać domek dla naszych maleństw.
Matylda spojrzała na pana. Ten nadal robił kwaśną minę wpatrując się w brązowy placek. On nigdy nie zrozumie co dobre – pomyślała. Ale czego oczekiwać po osobniku, który lubi na przykład ogórki kiszone, zupę ogórkową, albo taki kapuśniak. Fuj! Matylda wykrzywiła pyszczek i pobiegła do kolejnego krowiego placka leżącego kilkanaście metrów dalej. Może tam spotka kolejną parę kulającą swoją kulkę

Komentarze