Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Życzę przyjemnej lektury... WSTĘP CZYLI PRELUDIUM Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczo...

Naprawa

–  Powiedziałem, że za darmo nie będę się u Was stołował! – powiedział Gustaff stojąc obok szafki kuchennej. – Urwało się, naprawiło się! – Trzymanym w łapie śrubokrętem z czerwonym uchwytem pokręcił w powietrzu, udając, że przykręca wyimaginowaną śrubę.
– No to ci się chwali! – Jadwiga klasnęła z radości w dłonie.
Mniej entuzjastycznie do sprawy podszedł Maurycy, który przez chwilę poczuł się taki jakiś niepotrzebny. Ale przecież obiecał żonie dwa miesiące temu, że już wkrótce szafkę naprawi! No i jakoś tego do tej pory nie zrobił.
– Nic teraz tego nie ruszy! – Lis spakował śrubokręt do drewnianej skrzyneczki i zaniósł ją do pokoju Maurycego.
Nagle z kuchni dobiegł rumor i ciche przekleństwo, którego (jako że godzina jeszcze wczesna) nie przytoczę.
Gustaff rzucił skrzynkę i trzema, no może czterema susami powrócił do pomieszczenia, gdzie jeszcze przed chwilą dokonał cudu inżynierii meblarskiej.
Przy szafce stała Jadwiga trzymająca w ręku urwane i dyndające smętnie na metalowym zawiasie drzwiczki.
– Odpadło tak jakoś... – powiedziała cicho.
– Samo się odpadło? Co Jadwiga zrobiła? – Gustaff założył łapy na piersi.
– No, chciałam otworzyć!
– Czyli ruszyła!
– No niby tak!
– A przecież powiedziałem, że nic tego nie ruszy! Powiedziałem?
– No tak...
W kuchni zapadła cisza. Lis patrzył na kobietę z politowaniem, drzwiczki majtały się w powietrzu trochę tak bez sensu i tylko Maurycy lekko się uśmiechnął. Znowu poczuł się ważny.



   



Komentarze