Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Życzę przyjemnej lektury... WSTĘP CZYLI PRELUDIUM Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczo...

Nocny koszmar

  – Chyba umawialiśmy się, że śpisz w swoim łóżku! – Maurycy spojrzał groźnie na przeciągającego się Gustaffa.
– Ale to był stan wyższej konieczności! – Lis podciągnął kołdrę aż po samą szyję, tak że spod kwiecistego materiału wystawały tylko nos, oczy i uszy.
– Czyli co?
– Czyli że miałem koszmarny koszmar! Wiesz, z typu tych strasznych do potęgi! – Lis zamarł i wlepił oczekująco wielkie oczyska w Maurycego.
Maurycy również patrzył na Gustaffa, czekając na ciąg dalszy opowieści o sennej marze. Niestety ciągu dalszego nie było. Lis wpatrywał się w człowieka, a człowiek w lisa. Twardo, bezwzględnie, bez litości i brania jeńców. Wreszcie mężczyzna nie wytrzymał.
– No dobra, jaki?
– Miło, że pytasz! – Gustaff, czający się pod kołdrą w bezruchu nagle zaczął wymachiwać energicznie łapami. – Wyobraź sobie, że wygrałem w loterii pięć milionów złotych!
– I gdzie tu koszmar? Co może być strasznego w takiej wygranej?
– Bo potem przyszedł potwór!
–  Potwór może przerazić, to fakt...
– Ale to był potwór hiperinflacji.
– Chyba nie było aż tak źle? – Maurycy przekrzywił głowę i lekko zmarszczył nos.
– Właśnie że było! Kostka masła kosztowała pół bańki!
– No to faktycznie, dobrze że się obudziłeś i wpadłeś do mnie  do łóżka...
–  Ale to nie był koniec!
– Czyli?
–Czyli okazało się, że to było dziecko, osesek hiperinflacyjny ledwo. Jego ojciec szedł kilka kroków za nim!
– Wiesz co Gustaff, przesuń się nieco. Tak jakoś się poza łóżkiem i zimno i straszno zrobiło. A ja jutro na zakupy idę. Zrób miejsce...

   




Komentarze