Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Życzę przyjemnej lektury... WSTĘP CZYLI PRELUDIUM Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczo...

21/3

Kochani!
Przedstawiam Wam najnowszą opowieść pod tytułem "21/3". Data premiery, czyli 21 marca nie jest przypadkowa, ale o tym dowiecie się śledząc kolejne rozdziały, któe (wraz z ilustracjami) pojawiać się będą co tydzień, w każdy piątek.
Mam nadzieję, że nowe dzieło Maurycego przypadnie Wam do gustu. Jeśli będziecie mieli jakieś uwagi, zapraszam do kontaktu - hejka@jestemgustaff.pl


ROZDZIAŁ I
Zapomniane urodziny

– Rozalka, zbieraj się, jedziemy do dziadka!
Rozalka? Rozalka?! Kto daje dziewczynce takie koszmarne imię? Ile numerów za ciasny kapelusz trzeba nosić, jak bardzo niedotleniony z tego powodu mieć mózg, żeby zrobić to dziecku. Na dokładkę swojemu - rzekomo wymarzonemu i  wymodlonemu? Naprawdę matkę stać było tylko na Rozalkę? Serio? W kalendarzu milion imion, a dla mnie z bębna maszyny losującej wypadło to najbardziej obciachowe! Może Marzena, Maja, Ewa, Magdalena? Reszta kobiet z naszej bliższej i dalszej rodziny załatwiła sobie coś normalnego. A dla mnie? Jakiś imieninowy ogryzek wyłowiony z dla garnka. Coś normalnego? Nie szanowni państwo – Rozalka! Żeby córka miała przerąbane w przedszkolu, w szkole, w życiu!
Dziewczynka nakryła głowę poduszką i przycisnęła twarz do materaca. Krzyknęła ile sił w gardle i powietrza w płucach. 
– Coś mówiłaś? - w drzwiach do pokoju pojawiła się zaniepokojona twarz mamy, Klementyny Nieuważnej, niewiasty blisko czterdziestoletniej, właścicielki wielkich brązowych oczu, małego, zadartego noska i zmysłowych, pulchnych ust. Kiedyś ta twarz oraz cała reszta ciała Klementyny Nieuważnej robiły furorę gdziekolwiek się pojawiły, dziś powab stracił jędrność, a twarz w kilku miejscach pokryła pajęczyna zmarszczek. Ogień, który płonął za młodu w brązowych oczach, obecnie ledwo się tlił, a przez burzę kasztanowych włosów przebijało coraz więcej siwych kosmyków.
– Nie, nic... - spod poduszki wynurzyła się głowa Rozalki – Zaraz będę gotowa.
Dziewczynka westchnęła ciężko. Chwyciła leżący na tapczanie pamiętnik i wsunęła go do szuflady szafki nocnej stojącej obok łóżka. To samo zrobiła z długopisem z zatkniętą na jednym z końców główką Stitcha. Zanim jednak długopis znalazł się na stosie miliona innych szufladowych „przydasiów” należących do nastolatki, Rozalka poprawiła nim rysunek wykonany na grzbiecie lewej dłoni - 21/3. Dwie najważniejsze dziś na świcie cyfry. 21 i 3, czyli 21 marca. Jej urodziny. Niestety nikt o nich nie pamiętał. Nawet mama. Przez chwilę miała nadzieję, że Werka, jej najlepsza psiapsiółka, złoży jej życzenia, bo zadzwoniła jakąś godzinę temu, ale jej chodziło tylko o pożyczenie zeszytu z matmy, bo nie zdążyła spisać na lekcji wzorów z tablicy. Przekichane. Życie nie ma sensu. A jeśli nawet ma, to omija szerokim łukiem Rozalkę. Dziewczynka próbowała jeszcze na szybkiego narysować symbol barana pod datą, jej znak zodiaku, niestety zza drzwi dobył się ryk Klementyny. Rodzicielka znowu zaczęła męczyć bułę z przedpokoju. Boszszsz...
– Jeszcze nie gotowa? - głowa mamy znowu pojawiła się w szczelinie między drzwiami i framugą – No, ruchy! Ruchy!
Ta kobieta to mistrzyni upierdliwości wśród mistrzów upierdliwości – pomyślała dziewczynka – gdyby organizowano mistrzostwa świata w tej dyscyplinie, jej mama zdobyłaby złoty medal z palcem w nosie. A nawet z dwoma palcami w obu dziurkach.
– No Rozaaalka!
– No, juuuuż! - nastolatka usiadła na tapczanie. Wsunęła stopy w stojące na podłodze czerwone trampki. Uwielbiała trampki. I glany. Podobnie jak głupie skarpetki, przetarte spodnie, rozwleczone swetry i stare kurtki jeansowe. No i czapki. Wełniane i z materiału, bejsbolówki, pilotki, kaszkiety i kilka innych egzotycznych modeli. Byle były wielkie i dawały możliwość skrycia oczu w cieniu swoich daszków. Jeśli oczywiście takie daszki posiadały. Coś jeszcze? Ano tak, okulary! Szczególnie te okrągłe, tak zwane „lenonki”, ze szkłami we wszystkich możliwych kolorach. Miała ich przeszło dwadzieścia. Tandetnych, często mocno kiczowatych, kupowanych zazwyczaj na straganach przy okazji festynów miejskich lub podczas wypadów nad morze, gdzie leżały obok oryginalnych oscypków z krowiego mleka i mąki oraz słoików z piaskiem z plaży.
– Weź koszyk z jedzeniem! - mama kiwnęła ręką w kierunku wejścia do kuchni - Zrobiłam trochę gołąbków. Niech staruszek odpocznie od tego szpitalnego cateringu. Dobra – kobieta poklepała się po kieszeniach w kurtce – telefon jest, portfel i dokumenty są, klucze... OK, klucze też są. Córka? – palcem wskazującym zsunęła Rozalce czerwone okulary na czubek nosa – Córka też jest! 
– Daj spokój mamo! - dziewczynka poprawiła oprawki i wyszła na klatkę schodową, niosąc wiklinowy koszyk wypełniony słoikami i torebkami z jedzeniem – Długo będziemy tam siedzieć?
– Tyle ile będzie trzeba. Muszę porozmawiać z dyrektorką, bo chyba jakaś podwyżka się kroi. Ty w tym czasie zajmiesz się dziadkiem. Wiesz jak on lubi spotkania z tobą.
– Chyba lubił! - w głowie Rozalki wyświetlił się obraz starca siedzącego sztywno w fotelu i wpatrującego się bezmyślnie w jakiś punkt w bliżej nieokreślonej przestrzeni – Przecież on już nic nie ogarnia! Jego umysł dawno przegryzł pępowinę łączącą go z rzeczywistością.
– Rozalka! Nie mów tak! - Klucz, którym Klementyna zamykała drzwi wejściowe zamarł w dłoni – Nigdy tak nie mów o dziadku! - w oczach kobiety pojawiły się niebezpieczne ogniki. Rozalka znała je bardzo dobrze. Wtedy najlepiej zamknąć usta na kłódkę i zaszyć się w najciemniejszym kącie – Nie waż się tak mówić o moim ojcu!
Dziewczynka przygarbiła się i opuściła lekko głowę. Wzrok wbiła w marmurową posadzkę. Oczekiwała bury, tymczasem doszedł ją tylko cichy zgrzyt przekręcanego klucza w zamku. I westchnięcie.
– Chodź już...
Wyszły przed blok, gdzie na parkingu, pod wodospadem lekko przyciętych od strony ulicy gałęzi wierzby płaczącej, stał ich samochód, wiekowy Volkswagen Transporter T2. Rozalka kochała to auto. Choć korozja nadgryzła już lekko nadkola, oryginalny biało-zielony lakier wypłowiał i pożółkł, a silnik skrzypiał i kaszlał jak rencista z gruźlicą, to Rozalka nie zamieniłaby go na żaden inny model.
Samochód był w rodzinie odkąd pamiętała i miała nadzieję, że pozostanie w niej do końca świata i jeden dzień dłużej. Pojazd należał kiedyś do jej ojca, który smaląc cholewy do mamy, postanowił zaimponować wybrance i z wyjazdu na szparagi do Niemca przytoczył to oto cudo. Nieco potrwało nim postawił je na nogi, a raczej na koła, bo auto trzymało się na taśmę klejącą, ślinę i gumę do żucia, ale kiedy już to zrobił, efekt był powalający. I to dosłownie. Mama na widok kultowego ogórka zemdlała. Niby już wcześniej zwróciła uwagę na przystojnego bruneta z sąsiedztwa, który słał jej powłóczyste spojrzenia i przez przypadek zawsze znajdował się w pobliżu, ale brakowało tego ostatecznego efektu wow. I wreszcie stało się. Tycjan Nieważny i jego Volkswagen sprawili, że pannie Klementynie z domu Karwan na chwilę odcięło tlen. 
Mama Rozalki usadowiła się za kierownicą i otworzyła drzwi pasażera.
– Wskakuj młoda damo! - kobieta przekręciła kluczyk w stacyjce i szarpnęła drążek zmiany biegów. Z wnętrza coś zgrzytnęło, prychnęło, ale po chwili silnik zaczął pracować miarowo z charakterystycznym dla siebie pomrukiem kota z gruźlicą. Auto powoli stoczyło się z pobocza. Pod kołami zachrzęścił żwir zmieszany z szarym piaskiem. - Tylko proszę, bez takich uwag. Nie przy mnie, ani przy dziadku, ani przy kimkolwiek innym – powiedziała cicho Klementyna - Czasem lepiej ugryźć się w język niż powiedzieć słowo za dużo.
– OK. Postaram się.
– Obiecaj!
– No dobrze, obiecuję!
– Pamiętaj skarbie, dziadek naprawdę cię kocha. Prawie zwariował z radości kiedy się urodziłaś. Zresztą to on wybrał ci imię!
– Naprawdę!? - Rozalka spojrzała na mamę i zrobiła kwaśną minę. Więc to on jest sprawcą jej tragedii, przyczyną codziennej zgryzoty! Jest spirytus movens, czynnikiem etiologicznym, asumptem przez który cierpiała od trzynastu lat. Lubiła używać takich mądrych słów wyłowionych z książek lub internetu. Może dlatego prawie nikt nie lubił jej w klasie. Większość uważała ją za przemądrzałą, reszta, czyli Werka i taki jeden Damian za umysłowo niestabilną. Ale niegroźną. I teraz Rozalka jechała do twórcy największej porażki jej piętnastoletniego życia i nie może wykrzyczeć mu w twarz całego wkurzenia. Za imię, za to że ojciec ją opuścił, za samotność i urodziny, o których nikt nie pamiętał. Ale obiecała odpuścić, a słowo w rodzinie Nieuważnych to świętość. Dziadek ją tego nauczył...

ROZDZIAŁ II
Tajemnica dziadka Teofila

Dom Spokojnej Starości fundacji Sapere Aude znajdował się tuż za miastem, przy drodze krajowej nr 70. W parku ogrodzonym kamiennym murem stał stary, dwupiętrowy pałac otoczony kilkoma parterowymi budynkami gospodarczymi. Pobudowano go na początku XX wieku jako dom letni dla łódzkiego fabrykanta Simona Wiesentahla. Po 1939 roku zamieszkiwał tu niemiecki pułkownik Gunter Fritzke, ponoć świnia i prostak pierwszej wody, typowy karierowicz, który brakowi moralnego kręgosłupa i wazelinie w ilościach hurtowych zawdzięczał szybki awans w strukturach niemieckiej armii. Po prawowitych właścicielach niestety zaginął wszelki ślad. Jakby z dniem wkroczenia faszystów na teren ich posesji rozpłynęli się w powietrzu. Cały ich majątek, meble, ubrania, srebra rodowe, porcelanowa zastawa, książki, dokumenty i cały stos mniejszych i większych bibelotów pozostał nietknięty, jakby gospodarze ze służbą wyszli na krótki spacer i za chwilę mieli powrócić. Nawet herbata stojąca w bibliotece parowała jeszcze, gdy pierwszy niemiecki żołnierz otwierał z buta drzwi wejściowe ich pałacu. Podobnie było kiedy 17 stycznia 1945 roku do posiadłości wkroczyła Armia Czerwona. Tętniący życiem jeszcze poprzedniego dnia dwór okazał się całkowicie pusty, gdy drużyna porucznika Makaronowa przeczesywała jego wnętrze. Zniknął nie tylko pułkownik z obsługą lecz również jego dwa wielkie dogi Sieg i Heil oraz perska kotka Brownie. Wyzwolicieli przywitała pustka i cisza przerywana jedynie odgłosem trzeszczących w kominku palących się polan. 
Wojna zabrała jedynych właścicieli, potem przyniosła na chwilę nowych, a kiedy wreszcie nastał pokój, nowa, socjalistyczna władza podrzuciła do dworu kolejnych domowników. Ci ostatni zasiedzieli się w dworku trochę dłużej niż poprzednik - przez kilkanaście lat urzędowała tutaj dyrekcja pobliskiego PGR-u. Luksusowe jeszcze nie tak dawno korytarze i salony częściej przemierzały ubłocone gumofilce niż pantofle z miękkiej skórki czy wojskowe oficerki. Kolektyw urzędniczy nie docenił piękna architektury oraz elegancji wnętrz, traktując je mocno niedbale i nieostrożnie i dokonując przy okazji na majątku fabrykanta metodycznego szabru. Zapuszczone i nieodnawiane mury zaczęły się sypać, dachy przeciekać, a zmurszałe framugi okien nie stanowiły bariery nawet dla lekkiego deszczu czy mrozu. W końcu ludzie opuścili rozpadający się budynek, zabijając okna deskami, a na drzwiach wieszając ciężki, żelazny łańcuch. I tak piękny niegdyś pałac tkwił pośród pól jak ostatni, zepsuty ząb w dziąśle. Dopiero pod koniec ubiegłego stulecia fundacja Sapere Aude wykupiła majątek z zasobów starostwa i przywróciła mu dawną świetność.
Tam też wprowadził się dziadek Teofil, ojciec Klementyny Nieuważnej. Przydzielono mu lokum w prawym skrzydle pałacu. Miał do dyspozycji dwupokojowy apartament z niewielką kuchnią i łazienką. Zanim choroba nie odebrała mu sprawności, a potem całkowicie go unieruchomiła, pracował w salonie, przy biurku stojącym pod wielkim czteroskrzydłowym oknem. Zawsze otaczały go stosy papierów, jakieś karty z rzędami matematycznych wyliczeń, wykresów i figur przestrzennych. Teofil nigdy nie zdradził tajemnicy tych dokumentów. Zawsze kiedy zjawiała się u niego Klementyna, a potem i Rozalka, odkładał pracę i zajmował się tylko swoimi gośćmi. Jeśli pozwalała na to pogoda, zapraszał ich na herbatkę do parku, gdzie w niewielkiej altanie rozmawiali, bawili się i wsłuchiwali w trele krążącego śród koron drzew ptactwa. Jeśli deszcz lub mróz na to nie pozwalał, przechodzili do biblioteki. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. O rzeczach poważnych i kompletnych głupotach, popijając przy tym herbatkę i posilając się ciastem pieczonym przez panią Marysię, jedną z pensjonariuszek. Teofil bawił się z Rozalką, sadzał ją sobie na kolanach i opowiadał, a czasem czytał bajkę, zawartą w jednej z wielu książek znajdujących się w tutejszym księgozbiorze. Z czasem Rozalka sama zaczęła wybierać sobie lektury. Siadała na wielkim parapecie bibliotecznego okna i pogrążała się w lekturze. W tym czasie Klementyna mogła spokojnie porozmawiać ze swoim ojcem lub po prostu w ciszy posiedzieć w jego towarzystwie.
Niestety dwa lata temu kobieta zauważyła, że z jej ojcem zaczęło się dziać coś dziwnego. Teofil przerywał nagle rozmowę i zastygał w bezruchu jakby ktoś wyłączał mu zasilanie, by po chwili powrócić do przerwanego wątku jakby nic się nie stało. Początkowo te przerwy trwały kilka, czasem kilkanaście sekund, ale z czasem zaczęły się niepokojąco wydłużać. Wizyta u lekarza nie dała jednoznacznej odpowiedzi. Może dlatego, że w pewnym momencie Teofil zrezygnował z szczegółowych badań. Doktor, który zdiagnozował stupor, czyli osłupienie, rozłożył bezradnie ręce. Bo to zaburzenie zawsze miało jakąś przyczynę, czy to wywołaną czynnikami psychicznymi czy organicznymi. Niestety nie można było zacząć leczenia nie znając powodu tych zastygnięć. 
Teofil jeszcze kilka miesięcy ze stanu wyłączenia powracał do rzeczywistości. Niestety tych normalnych chwil było coraz mniej i były coraz krótsze. Wreszcie pod koniec ubiegłego roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia mężczyzna wyłączył się na dobre.
Klementyna nie zaprzestała odwiedzać swojego ojca, licząc że może któregoś dnia znowu powróci mu świadomość, a choroba się cofnie. 
Rozalka. która wcześniej zawsze z radością odwiedzała dziadka, przestała cieszyć się z tych wizyt. Wpatrywanie się w siedzącego sztywno na fotelu staruszka sprawiało początkowo smutek i ból, z czasem znudzenie i złość.
Tak było i tym razem. Bo owszem dziewczynka zgadzała się zawsze na wyjazd, ale za każdym razem musiała przełamywać w sobie coraz większy opór.
Samochód wjeżdżający na żwirowy podjazd i chrzęst kół wytrącił ją z zamyślenia. Wysiadła i przeciągnęła się z przyjemnością. Kochała ten samochód, ale nie cierpiała znajdujących się w nim foteli. Od dawna próbowała namówić matkę na wymianę, na nowe, kubełkowe, ale ciągle otrzymywała odpowiedź odmowną. Kasa, misiu, kasa! A raczej jej notoryczny brak.
Przy drzwiach do budynku przywitała ich dyrektorka ośrodka i wiceprezeska fundacji Edwina Drobisz, z pochodzenia Holenderka, którą kilkanaście lat temu przywiodła do Polski miłość do męża, ludzi i łowickiego folkloru. Kobieta otworzyła drzwi i zaprosiła Klementynę i Rozalkę do środka.
– Mamy do pogadania doga pani! - wyszeptała tajemniczo – W cztery oczy. Dobrze żeby córka poszła na chwilę do dziadka. Potem może do nas dołączyć, bo sprawa dotyczy również jej. Ale wolałabym najpierw wyjaśnić pewne kwestie pani osobiście.
– Zanieś koszyk z jedzeniem do Teofila. - mama pchnęła lekko Rozalkę w kierunku apartamentu ojca – Ja niedługo do was dołączę.
Edwina pomaszerowała do dyrektorskiego gabinetu. Za nią, lekko drobiąc kroki, udała się Klementyna. 
Pokój, w którym urzędowała pani wiceprezes był lustrzanym odbiciem tego zajmowanego przez Teofila. Tam również pod  czteroskrzydłowym oknem stało ciężkie, dębowe biurko, a za nim skórzany fotel z wysokim oparciem. Różnica polegała na tym, że na blacie biurka Edwiny panował wzorowy wręcz porządek, na biurku staruszka permanentny bałagan. Wszystkie znajdujące się na blacie teczki, przyborniki na ołówki i długopisy ustawione były z matematyczną wręcz precyzją, zachowując idealne odległości i kąty między sobą i krawędziami mebla. Na wierzchu jednej z kupek dokumentów leżała pomarańczowa teczka z wytłoczoną głową lisa. Edwina wzięła ją i skierowała się do niewielkiego stolika stojącego przy przeszklonej bibliotece, gdzie usadowiła gościa w wielkim secesyjnym fotelu. Sama usiadła w podobnym, po drugiej stronie stolika.
– Zaprosiłam panią tutaj, bo...
– Wiem, wiem! - Klementyna przerwała jej w pół zdania – Inflacja i te rzeczy, wszystko droższe, jedzenie droższe, prąd droższy, znaczy się będzie podwyżka. Nie płaciliśmy nic do tej pory, bo emerytura ojca chyba pokrywała rachunki, skoro nie było sygnału z państwa strony, ale jeśli trzeba będzie dołożyć, to może być kłopot. Owszem jakieś drobne możemy wygospodarować żeby Teofil nie musiał opuszczać państwa placówki, ale przy większych kwotach raczej nie podołałamy finansowo. Same już ledwo wiążemy koniec z końcem. W banku na nasz widok dostają krost uczuleniowych, a panie z chwilówek traktują mnie jak sprzedawcę fotowoltaiki...
Ależ nie o to chodzi! - Edwina Drobisz spojrzała zdziwiona na swojego gościa – Teofil nie płacił i płacić nie musi! Żadnej podwyżki nie będzie!
– Nie płacił? Nie będzie podwyżki? - Klementyna zmarszczyła czoło – To jakim cudem przebywa w państwa ośrodku? Znaczy zadłużony jest i ja mam to zadłużenie spłacić? No to klops, nie mam takich funduszy i raczej nic nie zapowiada, że mieć będę...
– Ale nie o to chodzi! Teofil nic nie jest winien, bo nie jest pensjonariuszem droga pani! On jest właścicielem tego ośrodka. Podobnie jak sześciu pozostałych ośrodków znajdujących się na terenie kraju. Pani ojciec jest również prezesem fundacji  Sapere Aude oraz jedynym jej donatorem!
Klementynę Nieuważną zatkało. Serce zaczęło bić jej szybciej, a każdy oddech sprawiał coraz większy problem. Jakaś niewidzialna siła ścisnęła klatkę piersiową nie dając powietrzu wypełnić płuc, a potem pozwolić wylecieć mu na zewnątrz.
– Wody? - spytała Edwina widząc, że jej gość nie radzi sobie z przyswojeniem podanej przez nią przed chwilą informacją.
– Jeśli można... Duszno tu jakoś...
Na stoliku pojawiła się taca z karafką wody i dwoma szklankami. Klementyna nalała sobie i zachłannie wypiła płyn. Ręce jej drżały przez co i przy nalewaniu i piciu rozlała nieco na drewniany blat i podłogę.
– Nic nie szkodzi! - Holenderka uśmiechnęła się lekko
– Ale że co to oznacza. Są jakieś kłopoty? Ja, my mamy jakieś kłopoty?
– Ależ skądże znowu! - na stoliku wylądowała otwarta, pomarańczowa teczka – Oto wyciąg konta fundacji – Edwina położyła dokument przed Klementyną – Proszę spojrzeć, oto stan finansów na dzisiaj rano. Z tego co wiem Teofil ma jeszcze kilka innych kont. Wszystkie na plusie. Ma też jakieś nieruchomości, firmy, ale o nich poinformuje was jego prawnik. Ma się pojawić około czwartej.
Nieuważna spojrzała na wyciąg. Rząd liczb był tak długi, że aż nierzeczywisty. Trzy, sześć, osiem cyfr, przecinek i kolejne dwie.
– Ile to jest?
– Dokładnie 12 milionów 564 tysiące 349 złotych i 52 grosze.
– Bosz... - Klementynie pociemniało przed oczami – A ten prawnik to co?
– Z tego co mi wiadomo ma przedstawić stan własności i przeprowadzić procedurę przekazania całego majątku Teofila Nikodema Karwata, na panią i panienkę Rozalkę.
– Ja? My? Jak? - kobieta zasłoniła usta dłonią. Ręka jej drżała jak galareta – Ja muszę... Ja muszę do córki! - krzyknęła i poderwała się z fotela. Do pokoju ojca wpadła po kilkunastu sekundach, bijąc przy okazji jakiś rekord w kategorii sprintu po świeżo wypastowanym korytarzu. Dyszała ciężko z trudem łapiąc oddech.
– Rozalka? - rozejrzała się po pokoju – Rozalka?
Niestety w apartamencie Teofila nie było jej córki. 
– Był impuls! - dobiegł jakiś męski głos zza jej pleców. Obejrzała się. Wysoki, barczysty pielęgniarz pokazywał coś na ekranie tabletu stojącej za Klementyną Edwinie. Ona też przybiegła pod pokój swojego szefa. - Poza skalą.
– Znaczy, że węzeł się zaciska... - Wiceprezeska spojrzała na Klementynę i pociągnęła nosem. Ten zapach. Dawno go nie czuła w takim stężeniu. Wanilia. To musiał być wyjątkowo duży tunel.
Jeszcze jedno szefowo, - pielęgniarz pokazał jeszcze jeden odczyt na ekranie tabletu – przed tym wielkim tunelem zarejestrowano jeszcze jeden, dużo mniejszy.
– Niemożliwe! - Edwina ściągnęła brwi – Może to jakiś samoistny tunel. Przecież nikt nic nie przesyłał. Chyba że... - spojrzała na siedzącego na fotelu Teofila – Nie, to niemożliwe...

ROZDZIAŁ III
Gość spod łóżka

Rozalka stanęła przed apartamentem Teofila. Oparła dłoń o gładką, drewnianą powierzchnię drzwi. Nie chciała wchodzić do środka. Od jakiegoś czasu myśl o spędzeniu choćby pięciu minut w jednym pokoju w towarzystwie dziadka wywoływała irytację i strach. Klementyna widziała zmianę w zachowaniu córki, ale nie mogła znaleźć przyczyny tego faktu. Próbowała przywrócić w niej dawne uczucia, ale ilekroć przywoływała jakieś konkretne wspomnienie związane z dziadkiem, ta albo zasłaniała się niepamięcią, albo zmieniała temat. Ale Rozalka pamiętała. Pamiętała wszystko. I spacery po parku i gonitwy między drzewami, herbatkę w drewnianej altanie, i wspólne czytanie książek, kiedy dziadek sadzał ją na kolanach i snuł fantastyczne opowieści lub czytał jej historie zawarte w książkach z jego osobistej biblioteki. Pamiętała każdą z nich. Niektóre mogła cytować z pamięci choćby wyrwano ją ze snu w środku nocy. Oficjalnie jednak wzruszała ramionami i udawała, że nic nie kojarzy.
Nastolatka przejechała dłonią po drewnianej powierzchni drzwi. Odwlekała jak mogła najdłużej wejście do środka. I to nie za imię, które wymyślił dla niej Teofil. Już bez przesady. Rozalka miała pretensję do dziadka o coś innego - że się poddał, że ją zostawił. O to że jej najlepszy przyjaciel odpuścił i nie zawalczył o siebie. Dla swojej córki, ale i dla niej. Przecież robił badania, zaczął terapię, a jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu przerwał ją, zarzucił przyjmowanie leków, wizyty u specjalistów. Nigdy nie wyjaśnił swojej decyzji, pozostawiając ją i Klementynę w stanie rozpaczliwej niewiedzy. Pytany o powód, odpowiadał zazwyczaj „zobaczycie, moje panie, zobaczycie”. Tyle, że czas mijał, a nic się nie zmieniało. Było nawet coraz gorzej...
Rozalka nacisnęła metalową klamkę. Drzwi otworzyły się bezgłośnie. Dziewczynka weszła do środka. Na łóżku stojącym po prawej stronie salonu postawiła koszyk z wiktuałami. Rozejrzała się dookoła. Staruszka nie było! Co jest!? Popatrzyła w lewo, potem w prawo, starając się jak najdokładniej omieść wzrokiem wszystkie kąty. Nic. Pusto! Dziadka nie ma! Spojrzała jeszcze raz na fotel. Dziadek siedział na miejscu jakby nigdy nic, lekko się uśmiechając i wpatrując w nieokreślony punkt przed sobą.
– Jak to zrobiłeś? - spytała – Przecież przed chwilą cię nie było. A może to ja mam coś z oczami? Nieważne! Po prostu nie rób mi w przyszłości takich numerów proszę! Mało zawału nie dostałam! - rzuciła z pretensją w stronę Teofila -A tak poza tym wszystko w porządku dziadku? - zapytała mając nadzieję, że w końcu doczeka się odpowiedzi – Żarcie przyniosłam, bo ponoć lokalna gastronomia serwuje zupę z gwoździa i rozgotowane crocsy.
Coś zapukało za jej plecami. Sądziła, że ktoś chce wejść do środka.
– Proszę! - rzuciła odruchowo. Nikt nie odpowiedział i nie wszedł do pokoju. Pukanie powtórzyło się. Tym razem głośniejsze, bardziej natarczywe – Wlazł! - Znowu zero reakcji. Rozalka podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. Akurat obok przechodziła ciocia Tereska, pchając przed sobą metalowy balkonik. Pomachała do Rozalki i uśmiechnęła się szeroko odsłaniając nieskazitelnie białą protezę zębową.
– Witaj dziecko! Jak tam życie?
– Znakomicie! - odpowiedziała zgodnie z tradycją Rozalka.
– Patrz jak lecę! Jak kiedyś! Jak za młodu!
Tereska pochyliła się i rozstawiła nieco szerzej łokcie. Chyba przygotowywała się do finiszu swojego codziennego maratonu po korytarzach Domu Spokojnej Starości. Łapcie zaszurały mocniej po parkiecie. W holu, tuż przy wejściu do gabinetu dyrektorki, pojawił się „Upierdliwy” Leon, również pensjonariusz domu fundacji Sapere Aude. W ręku trzymał okrągły, metalowy stoper.
– Tempo! Tempo! - krzyknął do Tereski – Idziesz na rekord! - Kobieta jeszcze bardziej się przygarbiła i zwiększyła szybkość pracy nóg.
Rozalka weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi nie czekając na zakończenie maratonu Tereski. Ten sam scenariusz powtórzy się zapewne jutro, pojutrze i popojutrze. Jeszcze nie raz przyjdzie jej obserwować staruszkę w czasie jej zmagań. Jeszcze się napatrzy...
Podeszła do koszyka z prowiantem. Szarpnęła za uszy  i wtedy poczuła delikatny zapach wanilii. Rozejrzała się dookoła poszukując źródła przyjemnej woni i wtedy zauważyła nogi wystające spod łóżka. 
– Matko! - krzyknęła i odskoczyła wystraszona – Kto tam!? - oparła się plecami o komodę stojącą obok drzwi. Odruchowo obmacała rękami wierzch mebla w poszukiwaniu jakiegoś oręża. Nic. Ani laski, ani parasola, ani choćby topora dwuręcznego. Coś zapewne znalazłoby się w kuchni, ale do niej było trochę za daleko. Zanim wróci uzbrojona w widelec, nóż czy łyżkę, obcy mógłby wyjść spod łóżka i... Wolała zachować obecne status quo i pozostać na miejscu. Tak przynajmniej utrzymywała jakąś kontrolę nad sytuacją. Jegomość pod materacem miał trochę mniejsze pole manewru. Nogi poruszyły się - Hej, kto tam?! - powtórzyła Rozalka – Proszę powiedzieć kim jesteś albo zawołam pielęgniarza.
Tymczasem nieznajomy milczał i zaczął wysuwać się spod mebla. Im więcej go było na zewnątrz, tym większy strach opanowywał dziewczynkę. Bo tyle się słyszało o napadach, gwałtach, atakach psycholi... Kiedy na światło dzienne wyjrzały brązowe bryczesy i czarne skórzane szelki wpięte metalowymi klamerkami w spodnie, dla Rozalki było tego trochę za dużo. Odwagi starczyło na dolną część ciała nietypowego gościa, na oglądanie góry nerwów i cierpliwości zabrakło. Już miała odwrócić się na pięcie, czmychnąć z pokoju i wezwać posiłki, gdy zauważyła, że obcy przestał się wysuwać. Coś go przyblokowało. Szarpnął się i skręcał jak dżdżownica w porze deszczowej. 
– Halo! Pomocy! Chyba utknąłem! Jesteś tam jeszcze? Coś mnie blokuje! Możesz zobaczyć co to!? - doszedł do Rozalki stłumiony. chłopięcy głos spod łóżka.
Dziewczynka cofnęła się o krok i nachyliła nad leżącą na podłodze dolną połówką nieznajomego. Faktycznie, wystający z drewnianej konstrukcji zanóżka niewielki gwoździk, zaczepił o klips skórzanej szelki i wbił się w materiał spodni. 
– Pomogę, ale obiecaj, że nic mi nie zrobisz! - rzuciła Rozalka, choć zdała sobie po chwili sprawę, że jeśli miała do czynienia z bandytą, takie obietnice nie są nic warte. Miała jednak nadzieję, że do domu spokojnej starości nie został wpuszczony żaden podejrzany element. Pielęgniarz Romek, były żołnierz zawodowy, samym swoim widokiem potrafił odstraszyć takie szemrane towarzystwo. A dziś Romek miał dyżur.
– A co ja mam ci zrobić, kobieto!?
– Nie wiem! Tak się tylko zabezpieczam!
Dobra, obiecuję! Tylko pospiesz się! Gorgo może tu w każdej chwili wrócić!
Że niby kto? Rozalka sięgnęła do szelek, odpięła klamerkę, a następnie odhaczyła materiał z główki stalowego gwoździka. Odsunęła się na bezpieczną odległość.
– Już! Może pan wychodzić!
– Nareszcie! - obcy wysunął resztę ciała spod łóżka, wstał i zaczął otrzepywać ubranie z kłębuszków wymiecionego z podłogi kurzu – Dziękuję panienko! - odwrócił się do Rozalki i wyciągnął dłoń w geście powitania – Jestem Niko, sługa uniżony i dłużnik panienki dozgonny.
– Rozalia... - dziewczynka delikatnie uścisnęła dłoń przybysza. 
– Piękne imię! Róża i lilia w jednym! Cudo! - Niko rozejrzał się po pomieszczeniu – Ale tu ktoś się sprytnie urządził! I Gustownie wielce! A na zewnątrz tylko dziura śród korzeni dymi. To lokum tego wiekowego dżentelmena? - spytał, wskazując Teofila – Pan pozwoli, że się przedstawię – wyciągnął dłoń i podszedł do fotela nie czekając na odpowiedź Rozalki.
Nastolatka zmarszczyła czoło. Wśród jakich korzeni? I o jakim Gorgo mówił ten gość. Poza tym, gdzie jest mama? Wypadałoby, żeby wreszcie wróciła i ogarnęła ten towarzyski bałagan.
– Senior jakiś taki nieruchawy! - zauważył przybysz, stojąc z wyciągniętą dłonią nad Teofilem – Halo! Niko jestem! - próbował złapać Teofila za prawicę i potrząsnąć nią na dzień dobry.
Nagle w powietrzu coś huknęło jakby ktoś strzelił z bata, a między dłońmi panów pojawił się rozbłysk jak przy wyładowaniu pioruna. Oczywiście w dużo mniejszej skali. 
Niko cofnął się o dwa kroki.
– Dziadunio naładowany dziś pieruńsko! - zauważył – On tak zawsze wita gości, czy tylko dla mnie zrobił wyjątek? - spojrzał zdziwiony na Rozalkę.
– Nigdy tak nie robił! – odpowiedziała nastolatka zgodnie z prawdą – A poza tym dziadek jest chory. Nie porusza się. To znaczy żyje, ale coś się w nim zacięło.
Chłopak pochylił się nad Teofilem. Próbował dotknąć palcem jego policzka, ale powietrze znowu przeszyło wyładowanie elektryczne. Młodzian odskoczył i złapał się za palec. Pierwsza iskra tylko lekko ukłuła, druga nieźle zaszczypała. Jeśli każda następna będzie bolała coraz bardziej, to wolał uniknąć trzeciego i  każdego kolejnego  razu.
– Ale czad! - tylko na taki komentarz stać było w tej chwili dziewczynkę. Pojawienie się niespodziewanego gościa, pomoc w wyciąganiu go spod łóżka i teraz ten mini pokaz pirotechniczny kompletnie rozbił Rozalkę. Stała z rozdziawioną buzią i wpatrywała się w dziadka, na chwilę zapominając o gościu spod łóżka.
Niko tymczasem podszedł do biurka i zaczął przerzucać leżące na nim dokumenty. Wziął do ręki długopis. Włączył i wyłączył go kilka razy. Uśmiechnął się rozbawiony wkładem znikającym i pojawiającym się w metalowej obudowie. Odłożył go na miejsce. Przesunął kilka kartek, odsłaniając leżący na drewnianym blacie bagnet wzór 24, służący dziadkowi jako nóż do papieru. 
– No proszę! - chłopak cmoknął zachwycony znaleziskiem. Podniósł znajdujące się obok dokumenty i odsłonił długą metalową pochwę – I mamy komplecik!
– Przepraszam, ale czy nie pozwala pan sobie na zbyt wiele? - Rozalkę zaskoczyło tak swobodne zachowanie nieznajomego. Początkowo stała w milczeniu obserwując szarogęszenie się przybysza, ale teraz postanowiła zareagować – To są rzeczy mojego dziadka! Proszę je odłożyć na miejsce!
– Spokojnie panienko! - Niko uśmiechnął się szeroko. I już miał położyć bagnet na biurku, gdy spod łóżka dobiegł jakiś dziwny narastający z każdą chwilą hałas. I ten zapach. Zimny, ziemisty z lekką nutą... Wanilii?
Nagle świat spowolnił, jakby był filmem wyświetlanym w zwolnionym tempie. Stojąca bliżej łóżka dziewczynka odwróciła się. Pochyliła głowę, by zobaczyć co jest źródłem dziwnego dźwięku. Zmrużyła oczy. W cieniu, pod grubym materacem coś się poruszyło. Gdzieś na krawędzi pulsującego niczym żywy organizm mroku zaświeciło słabe czerwone światełko. Poruszało się to w lewo, to w prawo, w górę i w dół, jakby czegoś szukało. Aż wreszcie zatrzymało się, mrugnęło kilka razy i zniknęło. I wtedy łóżko ożyło. Uniosło się, a z mroku wystrzeliła niczym pocisk wielka, oblepiona błotem, owłosiona dłoń i złapała Rozalkę. Dziewczynka spojrzała zaskoczona na stojącego pod oknem Niko.
– Ratuj! - zdążyła wyszeptać nim zniknęła wraz z wielkim łapskiem pod kojem swojego dziadka.
Chłopak zareagował błyskawicznie. Złapał krawędź grubego blatu biurka, odepchnął się od niego i wskoczył za Rozalką zanim metalowe nóżki uderzyły głucho w drewniany parkiet.
I wtedy drzwi wejściowe do pokoju otworzyły się.
– Rozalka? - Klementyna Nieuważna rozejrzała się po pokoju. Łóżko stało pod jakimś dziwnym kątem, pościel leżała w nieładzie w połowie na materacu w połowie na podłodze, a na drewnianym parkiecie walały się grudy ziemi, drobne korzenie, zbutwiałe liście i wyrzucone z koszyka jedzenie dla Teofila. Ale jej córki tam nie było.
I ten zapach wanilii... 

CDN

Komentarze