Pani z Żołędziowego Dworu

 Jakieś trzy lata temu, podczas oglądania łupin kasztana, wpadł mi do głowy pomysł historii o ludkach zamieszkałych w i pod dębem i władającej nimi tajemniczej pani. Zrobiłem kilka grafik wstępnych, napisałem pierwsze trzy rozdziały i... na tym się skończyło. Nie żebym nie miał konceptu na opowieść, po prostu były inne sprawy, które skutecznie mnie od tej historii odciągnęły. Dziś postanowiłem powrócić do „Pani z żołędziowego Dworu” i, jeśli nic złego po drodze się nie wydarzy, w tym roku historię skończyć. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

Życzę przyjemnej lektury...


WSTĘP CZYLI PRELUDIUM

Blady Stach spadł na Żołędziowy Dwór. Konkretnie zaś na kupę liści zgarniętą pod północną wieżyczką strażniczką, na której  pełnił dziś wartę. Stach był bowiem etatowym obserwatorem trzeciej ćwiartki osady i terenów przyległych - w odległości 111 kocich susów, licząc od pnia drzewa w kierunku strumyka. Dyżury wyznaczono mu w dni parzyste od rana do wieczora w pierwszy i trzeci oraz od wieczora do rana w drugi i czwarty tydzień miesiąca. Resztę czasu miał wolne. Wpatrywanie się w trzepoczące lekko liście, poruszane ciepłym południowym wiatrem, tak znużyło Stacha, że ten, wsparty plecami o pień potężnego, rodzinnego dębu, zasnął. Mało tego, ogrzewany promieniami słonecznymi przebijającymi przez rozkołysaną burzę liści, zaczął z czasem lekko pochrapywać. Nagle ze snu wyrwał go jakiś trzask dochodzący gdzieś znad jego głowy. Stach otworzył oczy i ziewnął. Rozejrzał się wokoło. Pod jego bocianim gniazdem pulsowało normalne życie dworu. Z kuchennego komina stołówki wypływała strużka jasnego dymu, w kuźni metalicznie stukał młot, ktoś biegł z jednej chaty do drugiej, ktoś inny, podobnie jak on, wylegiwał się na trawie przydomowego ogródka. Ot, dzień jak co dzień. Stach poprawił gogle obserwacyjne i poluźnił nieco lewą sprzączkę, która boleśnie wbijała mu się w ucho. Przetarł soczewki, gdy... Spojrzał jeszcze raz w stronę dziwnego, czarnego obłoku unoszącego się nad horyzontem. W takich przypadkach korzystał zazwyczaj z lunetoskopu, którego soczewki porozrzucane w różnych częściach drzewa, pozwalały przybliżyć obraz znajdujący się nawet daleko za linią horyzontu. Początkowo czarna chmura wydawała się zapowiedzią burzy, było w niej jednak coś nienaturalnego i niepokojącego. Stach przycisnął twarz do wizjera i zmrużył oczy. U podstawy obłoku zauważył dziwny ruch. Pokręcił korbą ostrości. W szkle lunetoskopu zamajaczyły sylwetki dziwnych maszyn i szeregi odzianych w czarne płaszcze postaci. Obserwator zamarł. Taką siłę widział ostatnio, gdy traktem północnym oddziały z leszczynowego dworu zmierzały na podbój północy. Nigdy stamtąd nie wróciły. Ani jeden woj. Dobrze pamiętał szeregi konnych i pieszych żołnierzy pozdrawiających mieszkańców ich dworu. Długo potem widział przez szkła obserwacyjne tuman kurzu unoszący się nad tą maszerującą karnie tłuszczą. Aż chmura zniknęła całkowicie, jakby nigdy nikt tędy nie przechodził. I właśnie dziś, w tym samym miejscu, w którym zniknęła kiedyś bez śladu leszczynowa armia, pojawił się czarny obłok.
Stach przetarł czoło. Nagle zrobiło mu się słabo, a świat przed oczami zawirował. Chciał złapać się poręczy barierki, ale dłoń przejechała bez oporu po gładkiej powierzchni drewna. Zamachał bezradnie rękami. Próbował chwycić którąś z pobliskich gałęzi lecz drobne dłonie nie dosięgły żadnej z nich. Stach stracił równowagę, przewinął się przez poręcz i z cichym plaśnięciem wpadł w zgromadzone pod wieżyczką obserwacyjną liście. Szok wywołany upadkiem sprawił, że chwilę trwało nim przypomniał sobie gdzie się obecnie znajduje. Kiedy odzyskał pełną świadomość czasu i miejsca, wyskoczył z liści na równe nogi i krzyknął ile sił starczyło w płucach i gardle. Był blady jak ściana.
- Zbrojni! Zbrojni idą! Czarna chmura od północy! Horda nadciąga!
Życie w Żołędziowym Dworze nagle zamarło. Nawet dym z kuchennego komina jakby zastygł w bezruchu....







Komentarze